English
  wersja podstawowa   wersja kontrastowa
STRONA GŁÓWNA / AWERS/REWERS / BŁAGANIE O OCHRONĘ W ŚWIECIE CYFROWYM..

Błaganie o ochronę w świecie cyfrowym


Drzeworyty ludowe wciąż inspirują na różne sposoby! Najlepiej pokazał to I Ogólnopolski konkurs „Drzeworyt – źródło natchnienia”, zorganizowany w 2025 r. w Płazowie.

Okazuje się, że ludowy drzeworyt znakomicie wpisuje się w estetykę postcyfrową, doceniającą wizualne błędy, niedoskonałości oraz otwierającą przestrzeń do współistnienia ze sobą elementów kultury analogowej i cyfrowej. Łączenie dawnych technologii ze współczesnym kodem znaczeniowym może także przynieść nieoczekiwane efekty.

Jedna z nagrodzonych prac konkursowych to „Generatywne błaganie o ochronę cyfrową”. Jej autor Jacek Machowski dzieli się z nami refleksjami, które towarzyszyły mu w czasie pracy nad grafiką.

 

Pracę zrealizowałem z myślą o konkursie „Drzeworyt – źródło natchnienia”. Choć na co dzień zajmuję się przede wszystkim mokuhangą — drzeworytem japońskim — postanowiłem zmierzyć się z odmienną tradycją i poszukać w niej interesującego tematu.

Od wotywnej prośby do współczesnego lęku

Punktem wyjścia stała się kwerenda w internetowym zbiorze Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Szczególnie zainteresowały mnie drzeworyty wotywne, a wśród nich te o charakterze błagalnym — proszące o pomyślność, opiekę i ochronę. Zapragnąłem nawiązać do tej formuły, lecz przenieść ją w realia współczesności i jej wyzwań. Jednym z najpoważniejszych spośród nich wydają mi się dziś zagrożenia świata cyfrowego — problem spotęgowany dodatkowo przez gwałtowny rozwój algorytmów samouczących, zwanych potocznie sztuczną inteligencją.

Algorytm jako temat i jako narzędzie

Pracę rozpocząłem od spisywania owych zagrożeń, przeplatając notatki szkicami i pogłębioną kwerendą. Gdy projekt był już mocno zaawansowany, przyszła mi do głowy myśl, by samo jego wygenerowanie powierzyć modelowi obrazowemu (AI) — i tym samym wpleść ów wątek bezpośrednio w tkankę pracy. Szybko okazało się jednak, że pierwsze rezultaty dalekie były od tego, co sobie zaplanowałem; wymagały licznych poprawek i korekt. Droga ta była długa i frustrująca — tradycyjnym projektowaniem osiągnąłbym zamierzony efekt szybciej i precyzyjniej. Zależało mi jednak, by właśnie ten etap oddać w ręce narzędzia cyfrowego. Ostatecznie nie udało się uzyskać satysfakcjonującego rezultatu w pojedynczym obrazie, postanowiłem więc nieco „nagiąć własne zasady”: w programie graficznym połączyłem kilka wersji i uzupełniłem problematyczne fragmenty kompozycji.

Nie jestem zwolennikiem nadmiernego opisywania i tłumaczenia przedstawień — uważam, że zbyt często zaburza to możliwość samodzielnej interpretacji, a objaśnianie, „co artysta miał na myśli”, odbiera całą przyjemność obcowania z dziełem. Bywają oczywiście prace, dla których komentarz jest pomocny, a niekiedy wręcz niezbędny; ta jednak do nich nie należy. Wydaje mi się, że warstwa typograficzna oraz użyte symbole i środki wyrazu są na tyle czytelne, na ile być powinny — bez dodatkowych objaśnień. Pozostaje to zresztą w zgodzie z duchem drzeworytu ludowego i ludowej sztuki wotywnej, która z natury miała przemawiać do swoich odbiorców wprost, bez pośrednictwa komentarza.

Od drewna do odbitki

Kolejnym etapem było poszukiwanie odpowiedniego drewna na klocek. Zazwyczaj sięgam po gatunki twarde — klon czy czereśnię. Natrafiłem jednak na informację, że w drzeworycie ludowym stosowano drewno lipowe, postanowiłem więc je wykorzystać. Pół roku później, podczas rozmowy z panią kurator Beatą Skoczeń-Marchewką (starszą kustosz Muzeum Etnograficznego w Krakowie), dowiedziałem się, że była to wiadomość błędna — klocki drzeworytnicze powstawały raczej z gatunków twardszych, a lipa nie należała do głównych wyborów rytowników, co zresztą wydaje się całkowicie zrozumiałe. Klocek wyrównałem ręcznie, za pomocą strugu i cykliny.

Projekt nakleiłem na klocek rysunkiem do czoła, a następnie rozwarstwiłem papier, odspajając jego zewnętrzną warstwę. Dzięki temu stał się półprzezroczysty i pozwolił dostrzec rysunek na desce; dodatkowo wtarłem w klocek olej, by pozostały papier uczynić jeszcze bardziej przejrzystym — to technika zapożyczona z drzeworytu japońskiego. Do samego cięcia używałem przede wszystkim noża, a do obniżania powierzchni niedrukujących — dłut aisuki („byczy nos”), o płaskim profilu zaostrzonym w delikatny łuk. Ukończony klocek poczerniłem farbą drukarską z olejem, gruntując go w ten sposób; zabieg ten ogranicza późniejszą chłonność drewna i zapobiega odbieraniu spoiwa z farby podczas druku.

Zależało mi, by gotowe odbitki zachowały charakter drzeworytów ludowych — wraz z ich „błędami”: niedodrukami, rozmyciami, przesunięciami i przetarciami. Wszystkie wykonałem ręcznie, posługując się barenem (charakterystycznym dociskiem stosowanym w technice mokuhanga). Ponieważ druk odbywał się w warunkach domowych, zdecydowałem się na olejną farbę drukarską zmywalną wodą. Sięgnąłem po papier Alt Xanen Antique — o brudnożółtawym odcieniu, z drobnymi wtrąceniami i tzw. „dzikimi żeberkami” — który nadał grafikom pożądany, ludowy charakter. Wszystkie odbitki sygnowałem i ponumerowałem; nakład pracy wynosi 50 egzemplarzy. Matrycę przekazałem do zbiorów Muzeum Etnograficznego w Krakowie.

Gest postcyfrowy

Grafika wpisuje się we współczesny nurt sztuki postcyfrowej. Pojęcie to nie oznacza sztuki, która porzuca technologię, lecz taką, dla której cyfrowość jest już oczywistym, wręcz przezroczystym tłem codzienności — przestała być nowinką czy tematem samym w sobie. Postcyfrowość rezygnuje z fascynacji „nowością” technologii na rzecz świadomego splatania narzędzi analogowych i cyfrowych, często z powrotem ku temu, co materialne, rękodzielnicze i niedoskonałe. W tym sensie odbitka wykonana ręcznie barenem, z całym bogactwem swoich „błędów”, a zarazem zrodzona częściowo z obrazu wygenerowanego przez algorytm, jest gestem na wskroś postcyfrowym: nie przeciwstawia ręki maszynie, lecz każe im współistnieć w obrębie jednej pracy.

I właśnie tu, jak sądzę, kryje się szczególny potencjał grafiki ludowej dla sztuki współczesnej. Drzeworyt ludowy — z jego oszczędnością środków, czytelnością przekazu i głębokim osadzeniem we wspólnotowym doświadczeniu — okazuje się zaskakująco pojemną formą. Jego wotywna formuła, niegdyś służąca prośbie o ochronę przed zarazą, gradobiciem czy pożarem, daje się dziś wypełnić nowymi lękami, nie tracąc przy tym swojej pierwotnej siły. Tradycja nie jest zatem skansenem, lecz żywym językiem, który można odmieniać przez współczesne czasy. Sięgając po ten język i zestawiając go z nowymi mediami — od narzędzi cyfrowych po obrazy generatywne — nie zrywam z dziedzictwem, lecz przeciwnie: pozostaję w jego nurcie, kontynuując to, co w sztuce ludowej było zawsze najistotniejsze — zdolność mówienia wprost o tym, co dla człowieka danej epoki najpilniejsze.

Jacek Macha Machowski

Zob. odbitkę w bazie Wirtualnego Muzeum Drzeworytów Ludowych https://drzeworyty.etnomuzeum.eu/drzeworyty/displayDocument.htm?docId=5000001699





ARCHIWUM